Więcej szczęścia niż rozumu

Po zakończeniu II wojny światowej wielu polskich żołnierzy walczących w ramach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie powróciło do ojczyzny – zatrzymała ich obawa przed represjami lub chęć ułożenia sobie nowego życia na obczyźnie.

Takie właśnie powody przesądziły o losach młodego sapera Romana Figiela. Roman Figiel wraz z 1 Dywizją Pancerną gen. Stanisława Maczka brał we wrześniu 1944 r. udział w walkach o wyzwolenie Bredy i Arnhem. Młody żołnierz przeszedł cały szlak bojowy 1 Dywizji Pancernej i wrócił do Bredy, gdzie wcześniej spotkał swoją miłość życia, młodą Holenderkę Joke.

W styczniu 2018 r. Roman Figiel skończył 92 lata. Mieszka z żoną w skromnym domu w Bredzie. Otoczony opieką najbliższej rodziny i przyjaciół, cieszy się nadzwyczajnym jak na ten wiek zdrowiem. Co więcej, pozytywnie nastawiony do życia, chętnie bierze udział w życiu towarzyskim, a jeszcze chętniej przyjmuje gości u siebie. Lubi opowiadać swoją historię,  z łezką w oku wspominając minione lata. Pamięć o przeszłości wspomagają liczne publikacje, książki, artykuły w gazetach i zdjęcia uzbierane przez lata oraz pieczołowicie uzupełniane przez syna Ada. Znaleźć je można w całym domu. Na ścianie w pokoju gościnnym wiszą fotografie z ważnych uroczystości i oczywiście zdjęcie ślubne państwa Figiel.  Gdyby nie wojna życie pana Romana potoczyłoby się zapewne zupełnie inaczej, czy bohater tej opowieści chciałby jednak cofnąć czas?

Ale zacznijmy od początku.

Wojna

Roman Figiel urodził się 6 stycznia 1926 r.  na Górnym Śląsku, we wsi Janów koło Katowic (od 1951 r. dzielnica Katowic Janów-Nikiszowiec), w wielodzietnej rodzinie górniczej (6 braci i 2 siostry). Po wybuchu wojny jego ojciec i dwaj bracia zostali wysłani na roboty do Niemiec, przy czym najstarszego zastrzelono za ucieczkę i pobicie Niemców, gdy dowiedział się o bliskich kontaktach swojej żony z Niemcami. Młodziutki Roman musiał sam utrzymywać resztę rodziny, a potem, za namową starszego brata, przedostał się wraz z nim na zachód Europy. Brat trafił do armii kanadyjskiej (po wojnie osiedlił się w Kanadzie), a młodszy Figiel został schwytany przez Niemców i zmuszony do ciężkiej pracy, m.in. przy budowie niemieckiej linii obronnej w Normandii. Stamtąd udało mu się w czerwcu 1944 r. uciec i przedostać do Amerykanów, którzy właśnie wylądowali w Normandii. Amerykanie skierowali go do Szkocji, gdzie formowana była 1 Dywizja Pancerna pod dowództwem gen. Stanisława Maczka. Figiel trafił do batalionu saperów i uczył się budowy mostów oraz rozbrajania min. Po trzech tygodniach szkolenia pod czujnym okiem generała Stanisława Maczka stał się żołnierzem i otrzymał polski mundur, co było dla niego wielkim wydarzeniem.

Po odbyciu szkolenia został przetransportowany łodzią do Francji. Pierwsze żołnierskie zetknięcie się z wojną nastąpiło w chwili, gdy kilku doświadczonych saperów zginęło podczas próby rozbrojenia min niemieckich nowego typu, a fragmenty siatki maskującej spadły na wypoczywającego Figiela i jego kolegów. Niezłym horrorem było także obserwowanie nadlatujących alianckich (!) bombowców i widok otwierających się luków ładowni z bombami… Żołnierze Maczka byli bowiem wskutek omyłki bombardowani przez aliantów. Aby uniknąć tego w przyszłości otrzymali od Anglików żółte szaliki, którymi mieli machać na widok przelatujących nad nimi angielskich samolotów. To właśnie taki szalik zapamiętała potem pewna młoda Holenderka.

Jako saper Roman Figiel tylko okazjonalnie uczestniczył w bitwach, gdyż jego zadaniem była budowa i odbudowa mostów oraz ich rozminowywanie. To właśnie było jego główne zajęcie w Bredzie, wyzwolonej przez polskich żołnierzy 29 października 1944 r. W mieście tym Polacy przebywali przez 5 miesięcy.

Miłość

W Bredzie osiemnastoletni żołnierz poznał młodszą o rok Joke Vetter, która została później jego żoną.  Po przyjeżdzie do Bredy Figiel został skierowany na kwaterę do domu rodziny w Ginneken na Kerkhofweg. Perspektywa spania w łóżku bardzo go ucieszyła, gdyż na froncie spał wyłącznie na kocu pod jeepem! U państwa Vetter znalazł jednak nie tylko wygodny nocleg, ale i wielką miłość. Kiedy podjechał jeepem pod wskazany dom, zobaczył dziewczynę w oknie i pomachał jej żółtym szalikiem. Ta jednak odwróciła się na pięcie, dając jakby do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana. W rzeczywistości zakochała się w polskim żołnierzu od pierwszego wejrzenia. Po latach pani Joke tak wspomina tę chwilę: – Podjechał pod dom moich rodziców jeepem i pomachał do mnie żółtym szalikiem.  Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, ale speszona, od razu odeszłam od okna.

Po kilku dniach Figiel zaprosił młodą Holenderkę na tańce i tak zaczęła się ich historia. Roman zamieszkał w rodzinie Joke, a swą ciężką pracą zdobył zaufanie jej rodziców i przyjaciół. Kiedy saperowi przyszło opuścić miasto i ruszyć na Niemcy, obiecał holenderskiej pannie, że do niej wróci, i dotrzymał słowa.  Po jego powrocie Roman i Joke zdecydowali się na małżeństwo, ale ze względu na różnicę wyznań – on był katolikiem, ona protestantką – holenderski pastor nie chciał udzielić im ślubu. W owym czasie w Holandii funkcjonowały jeszcze tzw. filary (zuilen) wyznaniowe, które skutecznie rozdzielały oba środowiska religijne. Na szczęście koledzy Romana znaleźli na to sposób, doradzając: „powiedz księdzu, że musisz”. Młody Figiel nie wiedział, co to znaczy, ale ksiądz od razu wyznaczył termin za trzy tygodnie.

Związek małżeński Joke i Roman zawarli 7 grudnia 1946 r. – pan młody w wojskowym mundurze, panna młoda w sukni z jedwabiu kupionego specjalnie na tę okazję w Antwerpii. Udało jej się dostać biały, o co było wówczas bardzo trudno (niektóre panny szły do ślubu w czerni).

A jak ze sobą rozmawialiście? – zapytałam Joke w czasie jednej ze swoich wizyt. – Prawie wcale nie rozmawialiśmy – odpowiedziała ze śmiechem. – Roman nie zna dobrze języka i do tej pory się go dobrze nie nauczył. Mimo to dogadujemy się. Do szczęścia niewiele nam potrzeba.

Holandia

Młoda para nie miała jednak łatwo. Zaraz po wojnie w Bredzie nie było pracy i młody małżonek mógł jedynie wziąć się za łatanie dziur na drogach, ale do pracy musiał zabrać własną łopatę. Łapał każdą pracę. Odgarniał śnieg, pracował ciężko w fabryce metalu. Później udało mu się dostać lepszą robotę w firmie Ericsson Telecommunicatie B.V. w Rijen, do której dojeżdżał codziennie na rowerze po 12 km w jedną stronę. Aby zarobić więcej, pracował na akord (płacono mu od ilości produktów). Na naukę i zdobycie zawodu nie było czasu. Miał do wykarmienia nie tylko własną rodzinę w Holandii – na świecie pojawił się syn Ad, siedem lat później Hans – ale mimo słabych zarobków co miesiąc wysyłał do rodziny w Polsce 20-30 kilogramowe paczki z ubraniami i żywnością.

Po 30 latach pracy w Ericssonie Roman Figiel przeszedł na emeryturę. Mieszka obecnie z żoną w niewielkim domku z ogródkiem, w którym co roku pięknie kwitną pielęgnowane własnoręcznie przez niego rośliny. Z dumą pokazuje go swoim gościom, podobnie jak swoje medale, książki i zdjęcia. Żałuje, że większość rodziny i przyjaciół już na zawsze odeszła, cieszy go za to każde spotkanie, szczególnie z dziećmi oraz z miejscową Polonią.

Prywatnie państwo Figiel są ludźmi bardzo skromnymi. W grudniu 2016 r. obchodzili platynowe gody. Z tej okazji polsko-holenderską parę odwiedził burmistrz Bredy Paul Depla, który przyniósł olbrzymi bukiet kwiatów oraz list gratulacyjny od Jego Wysokości Króla Królestwa Niderlandów, Willema Alexandra i Jej Wysokości Królowej Maximy.

Po 70.  latach małżeństwa państwo Figiel patrzą na siebie zakochanym, troskliwym wzrokiem, z uśmiechem na twarzy. Zawsze kiedy wychodzę od nich, trzymają się za ręce i machają nam na pożegnanie z pytaniem, kiedy ich znowu odwiedzę.

W chwili obecnej pan Figiel jest jednym z kilku zaledwie żyjących jeszcze polskich weteranów wojennych mieszkających w Bredzie, a było ich po wojnie około trzystu. Na saperów szkoliło się 12 żołnierzy, do Bredy doszło jedynie trzech, w tym młody Figiel, który przez cały okres wojny nie został nawet draśnięty kulą czy odłamkiem bomby. – Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Wykorzystywali nas, głupi byłem – wspomina. Przez długie lata polski saper, podobnie jak inni polscy wyzwoliciele Holandii, czuł się niedoceniany przez władze holenderskie. Sam musiał sobie radzić, ale nie narzekał.  Zmiana nastąpiła dopiero w czasie obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Bredy, kiedy to po raz pierwszy nieliczni już wtedy polscy weterani poczuli się naprawdę uhonorowani. Roman Figiel posiada sześć medali (polskie, brytyjskie, francuskie, kanadyjskie), ale szczególnie ceni medal z okazji 60. rocznicy wyzwolenia Bredy. Mile w pamięci zachował mu się też Dzień Wyzwolenia  (Bevrijdingsdag) z 5 maja 2012 r., kiedy to w Bredzie pojawili się ówczesny następca tronu książę Willem Alexander oraz premier Mark Rutte, a on wraz z wnukiem stał blisko nich.

Mundur

W czerwcu 2017 r. odwiedziłam Romana Figiela z członkami rajdu motocyklowego Kawasaki, podążającego śladami gen. Maczka, był z nami także Han Tiggelaar z portali „Holandia bez tajemnic” i „Polska dla Holendrów”. Pan Roman pokazał gościom pamiątki z czasu wojny, zdjęcia, publikacje, ale nie mógł, niestety, zaprezentować swojego wojennego munduru, który przekazał zaraz po wojnie kolekcjonerowi wojennych militariów. Przecież wojny miało już nie być! Co ciekawe, kilka miesięcy później znowu został powołany do służby wojskowej – chciano go wysłać na morze, aby rozbrajał miny. Udało mu się uniknąć służby ze względu na żonę.

Mundur niestety zaginął. Znakiem szczególnym uniformu był znak rozpoznawczy saperów – żółto-czarny sznur noszony na lewym ramieniu. Panu Romanowi bardzo zależy na jego odzyskaniu, więc wszystkie osoby, które mogą pomóc w odzyskaniu lub choćby odszukaniu tej jakże cennej pamiątki, proszone są o skontaktowanie się z redakcją Hbt: renata-61@o2.pl. Został mu tylko beret, który pan Roman bardzo chętnie pokazuje i nosi w czasie stosownych uroczystości.

Polska

Powrotu do Polski Roman Figiel w ogóle nie rozważał. Wiadomo już było, że czekałyby go tam represje, nawet może wywózka na Sybir, poza tym jego rodzina w wyniku wojny rozpadła się. Na pytanie, czy tęsknił za Polską i krewnymi, odpowiedział: – “Wiedziałem że nie mam do czego wracać. Miałem rodzinę, musiałem ją utrzymać. Nie było łatwo. Trzeba było pracować”. Ojczyznę odwiedził pierwszy raz po wojnie w latach 70., aby spotkać się z żyjącą jeszcze matką, którą wspomagał regularnie paczkami żywnościowymi. Dziś nie ma w Polsce już nikogo, jedyny żyjący brat mieszka w Kanadzie, a jego domem jest Holandia. Mimo upływu lat na obczyźnie bardzo dobrze mówi po polsku, nie zapomniał też śląskiego.

Przez długie lata pana Romana nie ciągnęło już nic do kraju pochodzenia, ale niespodziewanie dzień po jego 92. urodzinach zadzwonił do mnie jego syn Ad z informacją, że oboje z ojcem planują przylot do Polski, w czasie którego chcieliby zobaczyć Kraków i Janów, aby przekonać się, czy rodzinny dom jeszcze stoi. Na szczęście pozwala na to dobra kondycja pana Figiela. – Pojedziemy tylko na kilka dni – oświadczył Ad . – Nie możemy przecież zostawić mamy za długo samej w domu!

Na zdjęciu: Roman Figiel oraz autorka Małgorzata Lubbers-Dąbrowska

Małgorzata Lubbers-Dąbrowska

Publikacja: 23.03.2018 r.

Małgorzata Lubbers-Dąbrowska to działaczka polonijna z Roosendaal i przewodnicząca Polskiej Szkoły w Bredzie, która przyjaźni się z panem Romanem Figielem. Pani Małgorzacie bardzo dziękujemy za napisanie specjalnie dla nas tej opowieści.

 

Zdjęcia: Małgorzata Lubbers-Dąbrowska, archiwum p. Figiel, Polska Szkoła w Bredzie

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.